Hiszpania słynie ze swych osobliwych procesji i całej oprawy Misterium Paschalnego, które w każdym regionie i mieście ma swój odrębny koloryt i tradycje. Dla mnie osobiście procesja wielkopiątkowa w Valladolid posiada trzy elementy stanowiące o moim wyborze tego właśnie miejsca:
Pierwszym jest to, że istotną częścią procesji, składającej się z wielu pochodów różnych bractw, zmierzających przez miasto w kierunku miejsca obchodów Święta Męki Pańskiej jest pochód konny...
Druga osobliwość tej procesji, to siedem olbrzymich rzeźb, przedstawiających sceny pasyjne w skali rzeczywistej, będących wybitnymi dziełami sztuki sakralnej w skali kraju i również unikatowymi w skali świata. Rzeźby te na co dzień można oglądać w muzeum, a w ich funkcji sakralnej – jedynie raz do roku w wielki piątek i to tylko przy dobrej pogodzie.
Trzecia rzecz, która wyróżnia
dla mnie w Hiszpanii to właśnie miasto, to fakt, że tu mieszkam i pracuję. Może kiepski to argument, ale musiały być trzy, bo to ładnie się komponuje z wymiarem teologicznym Świąt i w ogóle...
Słynne są hiszpańskie procesje wielkotygodniowe, za sprawą ubiorów, tak wymownych i działających na wyobraźnię widza.
Ich tradycja sięga procesów inkwizycyjnych, szerzących wiarę katolicką metodami, jakimi brzydzą się dziś wszyscy chrześcijanie, a w szczególności tak liberalni i przodujący w tolerancji swobód obyczajowych Hiszpanie. Można powiedzieć, że tak jak liberalni są na co dzień, tak zamknięto - katoliccy stają się w Święta, broniąc wówczas z wielkim poświęceniem tradycji, która zaprzecza całkowicie ich poglądom w życiu codziennym. Wszak nie przypadkowo
te jakże kolorowe i piękne stroje kojarzą się z katowskimi, a milczący pochód przy złowieszczym dźwięku werbli i bębnów przeszywających ciszę zatrzymanego w swym życiu miasta, miał w swoim czasie przyciągać wiernych – nie tyle wzbudzając uczucia religijne, co – trwogę.
Może się zdziwić ktoś, że szpiczaste kaptury kryją niekiedy twarze kobiece – rzecz do niedawna nie do pomyślenia i sprzeczna z zasadami i prawami funkcjonowania bractw, a to za sprawą decyzji sądów, w których kobiety walczą o równe prawo przynależności do tychże, powołując się na konstytucyjną zasadę równości płci, której żadnej organizacji w kraju łamać nie wolno.
Za to
przynależność do bractwa jest wyróżnieniem, honorem, którego nie każdy może dostąpić – honorem pełnienia straży tychże zasad, które przeczą nie tylko wyznawanej tu tolerancji, ale także równości płci... Zakrawa na paradoks, prawda? Tak. I to jest jedna z przyczyn, dla której Hiszpania jest krajem tak interesującym kulturoznawczo; krajem zachwytu nad w
szystkim, co ciekawe i osobliwe. Krajem, w którym aby coś realizować nie trzeba się zastanawiać, czy to ma sens i czy na pewno jest logiczne.